18.12.2007
17:02
Polacy na najlepszych uniwersytetach świata
Światowa czołówka, czyli uniwersytety amerykańskie: Harvard czy Yale?
Katarzyna Pawłowska-Salińska
Yale: dużo nauki, jeszcze więcej imprez
Tomek Siergiejuk ma 23 lata i pochodzi z Białegostoku. W maju tego roku ukończył czteroletni kurs BA (Bachelor of Arts) z ekonomii i germanistyki na Yale. Teraz pracuje w Londynie jako analityk w banku inwestycyjnym nakierowanym na rynki w Europie Centralnej i Wschodniej.
Dlaczego Yale?
- Miało wiele zalet, które mnie zwabiły: po pierwsze, to mała szkoła, ale o światowej renomie. Chciałem, żeby mój dyplom był rozpoznawany nie tylko w Stanach, ale wszędzie na świecie, na wypadek gdybym nie został w USA. I tak się zresztą stało. Po drugie, wiedziałem, że wykładają tam wybitni profesorowie. Zawsze mi imponowali ludzie, którzy dużo osiągnęli. I po trzecie, spodobał mi się model studiowania na Yale: możliwość wypróbowania kilku kierunków przed wyborem tego jednego (lub dwóch w moim przypadku), zajęcia w małych grupach, łatwy dostęp do profesorów i ich badań naukowych, życie na kampusie w małym mieście. Np. nie brałem pod uwagę uniwersytetu Columbia, bo Nowy Jork jest zbyt rozpraszający.
Trudno było się dostać?
- Dostałem się na parę pierwszorzędnych uczelni, więc trudno mi ocenić. Ale wydaje mi się, że w wielu przypadkach dostanie się na uczelnie Ivy League to trochę loteria. Przecież poziom wszystkich kandydatów jest bardzo wysoki, a tylko 9 proc. się dostaje.
Poza tym dużo było z tym roboty: musiałem jeździć na egzaminy do Warszawy, bo jestem z Białegostoku, pisać eseje, odbywać rozmowy kwalifikacyjne etc. Do tego tłumaczenie wszystkich oficjalnych dokumentów na angielski, proszenie nauczycieli o rekomendacje i wypisy ocen.
Dałeś radę się utrzymać?
- Bez problemu. Przyjęcie na Yale jest równoznaczne z otrzymaniem pełnego stypendium dla tych, którzy tego potrzebują. Oznacza to, że na podstawie zeznań podatkowych oraz informacji o zarobkach i majątku rodziców uniwersytet oszacowuje, ile dana rodzina jest w stanie zapłacić za edukację studenta. Jeśli rodzice studenta nie zarabiają więcej niż 45 tys. dol. rocznie, nie muszą uniwersytetowi nic płacić. W to stypendium wliczone jest zakwaterowanie, wyżywienie, czesne i raz na rok jeden bilet lotniczy do domu.
Poza tym każdy student, nawet ten, którego rodzina nic nie płaci, przyjmuje coś w rodzaju pożyczki od uniwersytetu. Na moim pierwszym roku wynosiła 4400 dol., a później zeszła do 4000 rocznie. Ta suma ma być przeznaczona na wydatki bieżące studenta, takie jak książki, prywatne wycieczki do Nowego Jorku, ubrania itp., i może być częściowo lub w całości zwrócona dzięki pracy na kampusie. Student obcokrajowiec może pracować w ten sposób maksymalnie 19 godz. w tygodniu, a minimalna stawka na Yale to około 10 dol. za godzinę, a więc, nawet pracując 8 godzin tygodniowo, można zarobić na własne wydatki.
Na takim uniwersytecie trzeba się dużo uczyć?
- Na każdej uczelni są tacy, którzy się dużo uczą, tacy, którzy raczej się nie przykładają. Z tego, co zrozumiałem, jedynym bezpośrednim powodem skreślenia z listy studentów jest plagiat albo ściąganie. Tu nie ma przebacz. Na egzaminach nikt nie ściąga, wypracowania muszą być opatrzone szczegółowymi przypisami i bibliografią. Teoretycznie można też wylecieć, gdy obleje się dwa lub trzy kursy (trzeba ukończyć ok. 36, żeby dostać dyplom), ale o to trzeba się naprawdę postarać. Z drugiej strony, żeby dostawać same A, też się trzeba nieźle nagimnastykować. Samych zajęć jest niewiele, na kurs przypada około 2,5 godziny w tygodniu, więc z czterema kursami na semestr to przeciętnie tylko 10 godzin w tygodniu (niektóre kierunki, np. chemia, mają laboratoria, które zajmują dużo więcej czasu). Do każdej godziny na zajęciach dochodzą średnio 2 godziny pracy własnej - tyle wystarczy, żeby być na bieżąco z materiałem, ale to na pewno za mało, żeby być prymusem. Na każdy wykład i ćwiczenia trzeba przeważnie przeczytać jedną albo dwie książki, które później będą omawiane. Yale kładzie duży nacisk na umiejętność krytycznej lektury, na samodzielne wyrabianie sobie opinii i na przeprowadzanie konstruktywnej krytyki.
Gdzie mieszkają studenci?
- 90 proc. w akademikach, które na Yale wyglądają jak stuletnie gotyckie kościoły, nawet te, które zostały wybudowane całkiem niedawno. Podobno uniwersytet polewa budynki kwasem, aby dodać im charakteru.
A jak wygląda życie towarzyskie na kampusie Yale?
- Ha! Pamiętasz może Beverly Hills 90210? To właśnie tak. Mimo że wielu osobom wydaje się, że Yale to nudna uczelnia, nasze motto to: "Ucz się dużo, jeszcze więcej imprezuj (work hard, play harder)". Co weekend kampus aż kipiał od imprez we fraternities i sororities (stowarzyszenia braci i sióstr), w secret societies, akademikach, prywatnych domach itp. Było dużo typowo studenckiej zabawy, czyli z tanim piwem, ale też były imprezy poważne, Ivy-League-glamour, czyli panowie w smokingach, panie w sukniach, szampan z Francji, a kawior z Moskwy.
To prawda, że uczelnie amerykańskie, zwłaszcza te z Ivy League, tak zawzięcie ze sobą rywalizują?
- Tak. Na Yale naszym tradycyjnym rywalem był Harvard. Rywalizowaliśmy o wszystko, zwłaszcza w corocznych rozgrywkach w futbolu amerykańskim (THE game w listopadzie). O dowcipie, który studenci Yale zrobili studentom Harvardu, można sobie poczytać na www.harvardsucks.org.
Jak się studiuje na Yale, jednym z najlepszych uniwersytetów świata?
Yale: dużo nauki, jeszcze więcej imprez
Tomek Siergiejuk ma 23 lata i pochodzi z Białegostoku. W maju tego roku ukończył czteroletni kurs BA (Bachelor of Arts) z ekonomii i germanistyki na Yale. Teraz pracuje w Londynie jako analityk w banku inwestycyjnym nakierowanym na rynki w Europie Centralnej i Wschodniej.
Dlaczego Yale?
- Miało wiele zalet, które mnie zwabiły: po pierwsze, to mała szkoła, ale o światowej renomie. Chciałem, żeby mój dyplom był rozpoznawany nie tylko w Stanach, ale wszędzie na świecie, na wypadek gdybym nie został w USA. I tak się zresztą stało. Po drugie, wiedziałem, że wykładają tam wybitni profesorowie. Zawsze mi imponowali ludzie, którzy dużo osiągnęli. I po trzecie, spodobał mi się model studiowania na Yale: możliwość wypróbowania kilku kierunków przed wyborem tego jednego (lub dwóch w moim przypadku), zajęcia w małych grupach, łatwy dostęp do profesorów i ich badań naukowych, życie na kampusie w małym mieście. Np. nie brałem pod uwagę uniwersytetu Columbia, bo Nowy Jork jest zbyt rozpraszający.
Trudno było się dostać?
- Dostałem się na parę pierwszorzędnych uczelni, więc trudno mi ocenić. Ale wydaje mi się, że w wielu przypadkach dostanie się na uczelnie Ivy League to trochę loteria. Przecież poziom wszystkich kandydatów jest bardzo wysoki, a tylko 9 proc. się dostaje.
Poza tym dużo było z tym roboty: musiałem jeździć na egzaminy do Warszawy, bo jestem z Białegostoku, pisać eseje, odbywać rozmowy kwalifikacyjne etc. Do tego tłumaczenie wszystkich oficjalnych dokumentów na angielski, proszenie nauczycieli o rekomendacje i wypisy ocen.
Dałeś radę się utrzymać?
- Bez problemu. Przyjęcie na Yale jest równoznaczne z otrzymaniem pełnego stypendium dla tych, którzy tego potrzebują. Oznacza to, że na podstawie zeznań podatkowych oraz informacji o zarobkach i majątku rodziców uniwersytet oszacowuje, ile dana rodzina jest w stanie zapłacić za edukację studenta. Jeśli rodzice studenta nie zarabiają więcej niż 45 tys. dol. rocznie, nie muszą uniwersytetowi nic płacić. W to stypendium wliczone jest zakwaterowanie, wyżywienie, czesne i raz na rok jeden bilet lotniczy do domu.
Poza tym każdy student, nawet ten, którego rodzina nic nie płaci, przyjmuje coś w rodzaju pożyczki od uniwersytetu. Na moim pierwszym roku wynosiła 4400 dol., a później zeszła do 4000 rocznie. Ta suma ma być przeznaczona na wydatki bieżące studenta, takie jak książki, prywatne wycieczki do Nowego Jorku, ubrania itp., i może być częściowo lub w całości zwrócona dzięki pracy na kampusie. Student obcokrajowiec może pracować w ten sposób maksymalnie 19 godz. w tygodniu, a minimalna stawka na Yale to około 10 dol. za godzinę, a więc, nawet pracując 8 godzin tygodniowo, można zarobić na własne wydatki.
Na takim uniwersytecie trzeba się dużo uczyć?
- Na każdej uczelni są tacy, którzy się dużo uczą, tacy, którzy raczej się nie przykładają. Z tego, co zrozumiałem, jedynym bezpośrednim powodem skreślenia z listy studentów jest plagiat albo ściąganie. Tu nie ma przebacz. Na egzaminach nikt nie ściąga, wypracowania muszą być opatrzone szczegółowymi przypisami i bibliografią. Teoretycznie można też wylecieć, gdy obleje się dwa lub trzy kursy (trzeba ukończyć ok. 36, żeby dostać dyplom), ale o to trzeba się naprawdę postarać. Z drugiej strony, żeby dostawać same A, też się trzeba nieźle nagimnastykować. Samych zajęć jest niewiele, na kurs przypada około 2,5 godziny w tygodniu, więc z czterema kursami na semestr to przeciętnie tylko 10 godzin w tygodniu (niektóre kierunki, np. chemia, mają laboratoria, które zajmują dużo więcej czasu). Do każdej godziny na zajęciach dochodzą średnio 2 godziny pracy własnej - tyle wystarczy, żeby być na bieżąco z materiałem, ale to na pewno za mało, żeby być prymusem. Na każdy wykład i ćwiczenia trzeba przeważnie przeczytać jedną albo dwie książki, które później będą omawiane. Yale kładzie duży nacisk na umiejętność krytycznej lektury, na samodzielne wyrabianie sobie opinii i na przeprowadzanie konstruktywnej krytyki.
Gdzie mieszkają studenci?
- 90 proc. w akademikach, które na Yale wyglądają jak stuletnie gotyckie kościoły, nawet te, które zostały wybudowane całkiem niedawno. Podobno uniwersytet polewa budynki kwasem, aby dodać im charakteru.
A jak wygląda życie towarzyskie na kampusie Yale?
- Ha! Pamiętasz może Beverly Hills 90210? To właśnie tak. Mimo że wielu osobom wydaje się, że Yale to nudna uczelnia, nasze motto to: "Ucz się dużo, jeszcze więcej imprezuj (work hard, play harder)". Co weekend kampus aż kipiał od imprez we fraternities i sororities (stowarzyszenia braci i sióstr), w secret societies, akademikach, prywatnych domach itp. Było dużo typowo studenckiej zabawy, czyli z tanim piwem, ale też były imprezy poważne, Ivy-League-glamour, czyli panowie w smokingach, panie w sukniach, szampan z Francji, a kawior z Moskwy.
To prawda, że uczelnie amerykańskie, zwłaszcza te z Ivy League, tak zawzięcie ze sobą rywalizują?
- Tak. Na Yale naszym tradycyjnym rywalem był Harvard. Rywalizowaliśmy o wszystko, zwłaszcza w corocznych rozgrywkach w futbolu amerykańskim (THE game w listopadzie). O dowcipie, który studenci Yale zrobili studentom Harvardu, można sobie poczytać na www.harvardsucks.org.
Jak się studiuje na Yale, jednym z najlepszych uniwersytetów świata?
Ocena:
słabe
nic specjalnego
dobre
bardzo dobre
znakomite
4.9
7 głosów



