23.09.2009
13:57
Nie obrzydzielić matmy!
Zagadki, wyliczanki, układanki - dzieci je uwielbiają. Dlaczego więc szkoła tak bezlitośnie zabija naturalną smykałkę do matematyki? Odpowiedź byłaby godna Nagrody Nobla z pedagogiki
W "Alicji w krainie czarów" Fałszywy Żółw opowiada Alicji o przedmiotach obowiązkowych, które miał w szkole, m.in. różnych rodzajach arytmetyki: wodowaniu, obejmowaniu, mrożeniu i obrzydzieleniu. Patrząc na mieszaninę strachu i niechęci, z jakim uczniowie kojarzą matematykę, można odnieść wrażenie, że nasza szkoła uczy tylko tej ostatniej dyscypliny - obrzydzielenia.
Co więcej, osiągnąwszy w niej biegłość, lubimy się tym chwalić. Jakże często z ust wykształconych osób słyszymy: "Jestem kiepski w matematyce, nienawidziłem jej w szkole, procenty to dla mnie czarna magia", chociaż za żadne skarby nie przyznaliby się publicznie np. do kłopotów z czytaniem lub poprawnym pisaniem.
To nie tylko polski problem - amerykańscy lekarze, którzy chcieli mierzyć zmiany ciśnienia krwi pod wpływem stresu, odkryli, że najpewniejszą metodą wywołania stresu jest bombardowanie badanych serią zadań arytmetycznych.
W innych badaniach czwartoklasiści odpowiadali na pytanie, z jakim jedzeniem kojarzy im się matematyka. Większość wybrała niesmaczne potrawy. Tylko jeden z uczniów napisał, że "z ciastkiem czekoladowym", ale dodał: "bo jeśli zjesz go zbyt dużo, zrobi ci się niedobrze!".
Co takiego jest w nauce matematyki, że tylko nieliczni wychodzą z niej bez urazy? Jak ją oswoić? Polubić?
Uczyć myślenia
- Większości uczniów matematyka będzie sprawiała trudności - nie pozostawia złudzeń Paweł Rudecki, który uczy matematyki w I LO w Koszalinie. - Bo ona wymaga wysiłku.
To jeszcze niczego nie tłumaczy. Uprawianie sportu też męczy, ale dzieciaki to kochają. O ile jednak do fizycznego wysiłku są nawykłe, o tyle intelektualny jest im na ogół obcy.
Rudecki: - Jak natrafiają na pierwsze trudności, poddają się i gubią.
Szkoła nie zmusza do myślenia. Naucza "jak", a nie "dlaczego". Wtłacza uczniom do głowy algorytmy i procedury, rozwiązywanie zadań polega na wstawianiu liczb w odpowiednie wzory. Jeśli dzieci ich nie znają albo zapomniały, stają przed ścianą. Nie są w stanie wymyślić, co dalej.
- Taka matematyka jest wyprana z logiki i zrozumienia - mówi Waldemar Rożek, nauczyciel w LO im. Komisji Edukacji Narodowej w Stalowej Woli.
- Bywa też, że w podstawówce wszystko idzie im aż za łatwo, wcale nie muszą się wysilać, wystarczy, że siedzą na zajęciach. I kiedy w gimnazjum matematyka staje się wymagająca, nagle się gubią - dodaje Rudecki.
Może ciasteczko?
Co gorsza, gdy już uczniowie podejmują wysiłek, on nie zawsze się zwraca. I jak nie ma sukcesu - raz, drugi, trzeci - gaśnie entuzjazm.
- A oni są złaknieni sukcesu - mówi Rudecki. - Bo ile można przegrywać? Co sprawdzian, to porażka. Trzeba koniecznie pomóc im przełamać złą passę. Znam uczniów, dla których ten pierwszy sukces był przełomem, potem poszli na studia matematyczne.
Warto nagradzać, nawet za najmniejsze osiągnięcia. - Marchewka musi być zdecydowanie większa niż kij - mówi Rożek. - I trzeba uczniom pozwolić błądzić, niech zadają pytania bez obawy.
Wysiłek fizyczny jest związany z wydzielaniem w mózgu endorfin - hormonów szczęścia. Za wysiłek umysłowy natura nie przewidziała takiej nagrody. Trzeba go więc uczniowi inaczej wynagrodzić. Matematyka nie może kojarzyć się z nudą, siermiężnymi rachunkami.
- Warto ją powiązać z zabawą, łamigłówkami, grami. Nie tylko zawsze kreda i tablica - radzi Rudecki. - W naszej szkole organizujemy co roku tzw. Kawiarnię Szkocką [tak nazywała się we Lwowie kawiarnia, w której spotykali się sławni polscy matematycy w okresie międzywojennym]. Uczniowie mogą na przerwie kupić ciasto. Ale jak rozwiążą zadanie, dostaną zniżkę albo bonus.
To się może przydać
- W matematyce jest piękno, ale żeby je dostrzec, trzeba się czasem pomęczyć - mówi Rożek. Jeśli rachunki nie są sztuką dla sztuki, ale służą rozwiązaniu praktycznych problemów, dzieci chętnie się z nimi mierzą. Jak w czasie wspólnych projektów, które w zeszłym roku robili w ramach Szkoły Myślenia.
Co więcej, osiągnąwszy w niej biegłość, lubimy się tym chwalić. Jakże często z ust wykształconych osób słyszymy: "Jestem kiepski w matematyce, nienawidziłem jej w szkole, procenty to dla mnie czarna magia", chociaż za żadne skarby nie przyznaliby się publicznie np. do kłopotów z czytaniem lub poprawnym pisaniem.
To nie tylko polski problem - amerykańscy lekarze, którzy chcieli mierzyć zmiany ciśnienia krwi pod wpływem stresu, odkryli, że najpewniejszą metodą wywołania stresu jest bombardowanie badanych serią zadań arytmetycznych.
W innych badaniach czwartoklasiści odpowiadali na pytanie, z jakim jedzeniem kojarzy im się matematyka. Większość wybrała niesmaczne potrawy. Tylko jeden z uczniów napisał, że "z ciastkiem czekoladowym", ale dodał: "bo jeśli zjesz go zbyt dużo, zrobi ci się niedobrze!".
Co takiego jest w nauce matematyki, że tylko nieliczni wychodzą z niej bez urazy? Jak ją oswoić? Polubić?
Uczyć myślenia
- Większości uczniów matematyka będzie sprawiała trudności - nie pozostawia złudzeń Paweł Rudecki, który uczy matematyki w I LO w Koszalinie. - Bo ona wymaga wysiłku.
To jeszcze niczego nie tłumaczy. Uprawianie sportu też męczy, ale dzieciaki to kochają. O ile jednak do fizycznego wysiłku są nawykłe, o tyle intelektualny jest im na ogół obcy.
Rudecki: - Jak natrafiają na pierwsze trudności, poddają się i gubią.
Szkoła nie zmusza do myślenia. Naucza "jak", a nie "dlaczego". Wtłacza uczniom do głowy algorytmy i procedury, rozwiązywanie zadań polega na wstawianiu liczb w odpowiednie wzory. Jeśli dzieci ich nie znają albo zapomniały, stają przed ścianą. Nie są w stanie wymyślić, co dalej.
- Taka matematyka jest wyprana z logiki i zrozumienia - mówi Waldemar Rożek, nauczyciel w LO im. Komisji Edukacji Narodowej w Stalowej Woli.
- Bywa też, że w podstawówce wszystko idzie im aż za łatwo, wcale nie muszą się wysilać, wystarczy, że siedzą na zajęciach. I kiedy w gimnazjum matematyka staje się wymagająca, nagle się gubią - dodaje Rudecki.
Może ciasteczko?
Co gorsza, gdy już uczniowie podejmują wysiłek, on nie zawsze się zwraca. I jak nie ma sukcesu - raz, drugi, trzeci - gaśnie entuzjazm.
- A oni są złaknieni sukcesu - mówi Rudecki. - Bo ile można przegrywać? Co sprawdzian, to porażka. Trzeba koniecznie pomóc im przełamać złą passę. Znam uczniów, dla których ten pierwszy sukces był przełomem, potem poszli na studia matematyczne.
Warto nagradzać, nawet za najmniejsze osiągnięcia. - Marchewka musi być zdecydowanie większa niż kij - mówi Rożek. - I trzeba uczniom pozwolić błądzić, niech zadają pytania bez obawy.
Wysiłek fizyczny jest związany z wydzielaniem w mózgu endorfin - hormonów szczęścia. Za wysiłek umysłowy natura nie przewidziała takiej nagrody. Trzeba go więc uczniowi inaczej wynagrodzić. Matematyka nie może kojarzyć się z nudą, siermiężnymi rachunkami.
- Warto ją powiązać z zabawą, łamigłówkami, grami. Nie tylko zawsze kreda i tablica - radzi Rudecki. - W naszej szkole organizujemy co roku tzw. Kawiarnię Szkocką [tak nazywała się we Lwowie kawiarnia, w której spotykali się sławni polscy matematycy w okresie międzywojennym]. Uczniowie mogą na przerwie kupić ciasto. Ale jak rozwiążą zadanie, dostaną zniżkę albo bonus.
To się może przydać
- W matematyce jest piękno, ale żeby je dostrzec, trzeba się czasem pomęczyć - mówi Rożek. Jeśli rachunki nie są sztuką dla sztuki, ale służą rozwiązaniu praktycznych problemów, dzieci chętnie się z nimi mierzą. Jak w czasie wspólnych projektów, które w zeszłym roku robili w ramach Szkoły Myślenia.
Ocena:
słabe
nic specjalnego
dobre
bardzo dobre
znakomite
4
3 głosy


