Znajdź kurs, studia, szkolenie

Zdążyć przed Panem Bogiem, czyli i tak warto żyć

Staszek Dutka uczy polskiego od dziewięciu lat, obecnie w warszawskiej SSP nr 26 i w Gimnazjum nr 28. Ponadto jest też muzykiem, śpiewa w Zespole KAPEL.
21.10.2002 , aktualizacja: 21.10.2002 21:07
A A A Drukuj
Warszawa, rok 1942. Likwidacja żydowskiego getta. Każdego dnia z Umschlagplatzu odjeżdża 10 000 Żydów upchniętych buciorami i kolbami karabinów w bydlęcych wagonach.
Widzi to Marek Edelman, żydowski sanitariusz. Świadek mimo woli. Jego przyjaciel przykłada matce pistolet do skroni, potem zabija siebie. Godność bywa ważniejsza od byle jakiego życia.

Edelman przeżył. Po wojnie przez 30 lat milczał. Teraz w rozmowie z Hanną Krall w książce pt. "Zdążyć przed Panem Bogiem" otwiera się. Czasem pyta: czy chcecie słuchać opowieści o śmierci? Wtedy jeszcze uważniej nadstawiam ucha. Zaczynam lepiej rozumieć życie.

Oto Mordechaj Anielewicz. Gdy wybucha powstanie w getcie, ma 21 lat. Najmłodszy wśród kolegów. Żadnego doświadczenia wojskowego. Dlaczego został przywódcą powstania? Bo był taki dziecinny, naiwny. Koledzy nie chcieli mu robić przykrości. Dziś podręczniki wymieniają go jako wybitną postać. W Warszawie jest ulica jego imienia. A przecież w dzieciństwie pomagał matce sprzedawać nieświeże ryby, malując ich oskrzela na czerwono, by wyglądały jak żywe. W czasie powstania załamuje się i popełnia samobójstwo. Dlaczego z tego zranionego przez życie dzieciaka robi się męża stanu? - pyta Edelman. Opinia światowa oburzyła się, słysząc te słowa. Zmarłym przecież należy się szacunek, gloryfikacja i pomnik. Pomyślałem wtedy, że w słowach Edelmana kryje się prosta prawda. Nie jesteśmy wielcy. Nie jesteśmy bohaterami. Lubimy tylko ciągle tworzyć pozytywne wyobrażenie, w którym odgrywamy rolę kogoś lepszego, niż jesteśmy. A całe nasze życie składa się z banalnych i przypadkowych zdarzeń. Czy ma sens?

Kolejne zdarzenie. Powstanie w getcie - ciąg dalszy. Za murem po aryjskiej stronie kręci się karuzela. Warszawiacy bawią się, a muzyka gra tak głośno, że zagłusza huk wystrzałów. Tu toczy się życie, jakby nigdy nic, a 20 metrów dalej umierają ludzie. Umieranie jest domeną innych. Tych na karuzeli nie dotyczy.

Śmierć w getcie była nieestetyczna. Trupy gniły i śmierdziały. Żywi wyglądali niewiele lepiej. Gotowi zrobić wszystko, by zanurzyć zęby w kromce chleba. Edelman marzy o pięknej śmierci w czystej pościeli. Ale ja myślę, że ona jest zawsze nieestetyczna. Nasza kultura robi wszystko, żeby odgonić od nas o niej myśl. Słowa takie jak śmierć i umieranie nie nazywają rzeczy po imieniu. Brzmią dostojnie. Są estetyczne i pasują do literatury pięknej. To kolejne samooszustwo.

Na koniec chciałoby się zapytać Edelmana: skąd pan miał siłę, żeby żyć, skoro przyjaciele masowo popełniali samobójstwo? Ratował pan ludzi, wiedząc, że i tak przedłuża im życie o kilka dni albo godzin. Edelman milczy. Przypomina mi się stara mądrość. Zapytali Marcina Lutra, gdy pracował w ogródku: "Mistrzu, co byś zrobił, wiedząc, że jutro nastąpi koniec świata?". Odpowiedział: "Dalej bym sadził grusze w swoim sadzie".

Warto zapamiętać

Hanna Krall (ur. w 1937), reporterka; obok Ryszarda Kapuścińskiego najważniejsza przedstawicielka literatury faktu w Polsce. "Zdążyć przed Panem Bogiem" wydano w 1977 r. Książka zdobyła rozgłos światowy. Marek Edelman po wojnie stał się wybitnym kardiologiem. Jedno z jego ważnych zdań: "Kiedy dobrze zna się śmierć, ma się większą odpowiedzialność za życie".





Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX