Agnieszka Danowska:
Jak został Pan tłumaczem przysięgłym?
Wojciech Broniarek: Mój ojciec zadbał o to, bym doskonale poznał angielski. Studiowałem w Wielkiej Brytanii, potem wróciłem do Polski. Gdy w 1984 roku tata przedwcześnie zmarł, chciałem jakoś uczcić jego pamięć - postanowiłem zdać egzamin na tłumacza przysięgłego, co było ukoronowaniem mojej lingwistycznej wiedzy. Nie studiowałem filologii, wtedy nie było takiego wymogu. Teraz trzeba albo skończyć studia kierunkowe, albo dwuletnie studium dla tłumaczy przysięgłych, i zdać egzamin.
Czy wtedy został Pan tłumaczem?
- Jeszcze nie. Zrobiłem "papier", ale zajmowałem się czymś zupełnie innym, traktując te uprawnienia jako wyjście awaryjne. Jednak po jakimś czasie zrozumiałem, że nie chcę już pracować dla kogoś, jeździć codziennie do biura. Postanowiłem zająć się tłumaczeniami.
I teraz pracuje Pan w domu?
- Głównie tak. Bardzo sobie to cenię, bo przez to praca jest mniej stresująca. Nie trzeba codziennie zrywać się o świcie, stać w korkach, nie muszę się tłumaczyć szefowi, sam ustalam sobie plan dnia i pracuję we własnym domu, przed własnym komputerem. To duży komfort.
Co oznacza, że jest Pan tłumaczem przysięgłym?
- Jestem zobowiązany do pracy z tzw. klientami państwowymi, głównie sądami, policją, służbami celnymi. Mogę zostać wezwany np. na sprawę sądową i raczej muszę się stawić. Niekiedy zdarza się, że jadę do sądu oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów. Uczestniczę w przeróżnych sprawach: od rozwodów małżeństw mieszanych aż po morderstwa dokonane przez obcokrajowców. Tłumaczę wtedy zeznania świadków, wypowiedzi stron i sędziego. To trudne zadanie, bo trzeba tłumaczyć niemal symultanicznie i to w dwie strony - z polskiego na angielski i odwrotnie. Miesięcznie uczestniczę w 5-10 rozprawach.
A co z tłumaczeniami dla "zwykłych śmiertelników"?
- Oczywiście wykonuję je. Wszystkie państwowe dokumenty muszą być przełożone na język obcy przez tłumacza przysięgłego. Są to głównie świadectwa ślubu, dyplomy, świadectwa maturalne, dokumenty dotyczące sprowadzanych z zagranicy samochodów.
Jakie jeszcze aktywności podejmuje Pan jako tłumacz?
- To jest już kwestia bardziej indywidualna. Mnie np. bardzo bolą braki słownikowe na polskim rynku. Mam tu na myśli przede wszystkim wydawnictwa specjalistyczne - mamy do dyspozycji przestarzały słownik z terminologią techniczną, brakuje materiałów z dziedzin przyrodniczych. Kiedy 25 lat temu zdawałem egzamin, bardzo doskwierał mi brak obszernego słownika synonimów. Sprawa nie dawała mi spokoju, aż w końcu postanowiłem sam go napisać i wydać. Zajęło mi to sześć tysięcy godzin, czyli półtora roku ciężkiej pracy. Ale widać, że było zapotrzebowanie na taki słownik, bo nakład rozszedł się błyskawicznie.
Jakie cechy powinna mieć osoba, która chce zostać tłumaczem przysięgłym?
- To bardzo ciekawa i różnorodna praca, ale trzeba mieć sporo wewnętrznej dyscypliny, nie każdy umie pracować w domu. Trzeba też przygotować się na ciągłą naukę słownictwa i frazeologii wybranej specjalizacji, a i język się rozwija, powstają nowe zwroty i słowa, a my tłumacze musimy być na bieżąco.
Czytaj także:
W naszym systemie Einstein nie miałby szans
Dziennikarz: cały czas w pracy
Prawnik: Ciężka praca