Paweł Figurski: Jak dojrzewała w księdzu decyzja o wstąpieniu do seminarium?
Ksiądz Piotr: Jestem standardowym przykładem. W przeciwieństwie do kolegów, którzy mieli bardzo burzliwe dzieje i różne historie powołania - nagłe zwroty, nawrócenia z życia klubowo-imprezowego. Od zawsze byłem człowiekiem Kościoła. W dzieciństwie byłem ministrantem i już wtedy pojawiły się pierwsze myśli o kapłaństwie. Ale to były bardzo hipotetyczne rozważania, dalekie od realizacji. Mam wrażenie, że większość ministrantów ma takie przemyślenia.
Pierwsza konkretna myśl pojawiła się w 4 klasie liceum. Takie mocne doświadczenie pojawiło się również podczas rekolekcji oazowych i muszę podkreślić, że to oaza pozwoliła mi odkryć Kościół nie jako struktury czy jakiś budynek, ale jako wspólnotę ludzi, którzy potrafią być otwarci, potrafią mówić o problemach, którzy naprawdę ufają Panu Bogu. Ta myśl o seminarium przychodziła i odchodziła.
Licealiści częściej myślą o jakiś kierunkach życiowych, o karierze i rodzinie.
Ja myślałem o dziennikarstwie. Jednak to, o czym mówiłem wcześniej, nie dawało mi spokoju.
Jak zareagowali znajomi i rodzina księdza?
Znajomym w klasie nie mówiłem, więc nie wiem, jak zareagowali, gdy się o tym dowiedzieli. Jednak moi najbliżsi przyjaciele, którzy również pochodzili z kręgu prokościelnego, nie byli zaskoczeni. Bardzo wspierali mnie w mojej decyzji. Tak samo rodzina, której o seminarium powiedziałem w czasie świąt Bożego Narodzenia.
Adaś Miauczyński w "Dniu Świra" mówi: "Co za ponury absurd... Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?". Czy kiedykolwiek żałował ksiądz decyzji, która niewątpliwie rzutuje na całe życie?
Nie. Czas w seminarium traktowałem jak rekolekcje oazowe, które już znałem. Jednak było to dla mnie trudne doświadczenie - dużo modlitwy, cały dzień zaplanowany, ale jakoś się w tym odnajdywałem. Mnie modlitwa sprawiała frajdę.
Przebywając w liceum z moją dziewczyną, miałem takie momenty, dziwne uczucie, kiedy nie czułem się spełniony. Miałem wiele dziewczyn i każde zakochanie było czymś wspaniałym, bardzo mnie to wciągało. Ogromnie to przeżywałem, ale mimo wszystko czegoś mi brakowało. Tak naprawdę pełni miłości i poczucia realizacji doznałem w seminarium.
Często przejście w stan duchowny traktowany jest jako ślub z Jezusem.
To bardziej dotyczy zakonnic. U mężczyzn jest to bardziej relacja na zasadzie "mistrz i uczeń".
Myślał ksiądz o zakonie?
Myślałem dosyć poważnie. Jedyną rzeczą, która kierowała mnie w stronę duszpasterstwa diecezjalnego, było poczucie wielkiej swobody działania. To znaczy, idąc do konkretnego zakonu, idę w określony charyzmat. W zakonie ważniejsze jest życie wspólnotowe, a mnie najbardziej odpowiadała forma oddziaływania w różne strony, z różnymi środowiskami.
Tęskni ksiądz za życiem świeckim?
Nie. W pewnym sensie spotykam się z nim cały czas. Pracuję w szkole, non stop przebywam wśród ludzi.
Okres licealny przeżyłem jak standardowy nastolatek. Mieliśmy wiele imprez, potańcówek. Mnie taki styl życia odpowiadał, ale nie odnajdywałem w tym treści, traktowałem to jako dodatek. Zadawałem sobie pytanie, po co ja żyję i w seminarium znalazłem odpowiedź.
Po maturze poszedł ksiądz na kremówki czy do baru?
O ile pamiętam, to pojechaliśmy w góry. W młodości miałem szczęście spotkać ludzi, którzy nie potrzebowali koniecznie alkoholu, żeby się bawić. To bardzo mocno na mnie wpłynęło.
Wiemy, jak spędza się czas w szkole średniej. Pytam o przejście od życia licealisty, ze wszystkimi doświadczeniami z tego okresu, do kapłaństwa, kiedy ułożony ksiądz spotyka się z młodzieżą i ją umoralnia.