W poniedziałek z przyjaciółmi idziemy na koncert poezji śpiewanej naszej koleżanki. We wtorek na scenie występuje studencki kabaret. W środę - młodzi, długowłosi grają rocka. W czwartek - jazz. W piątek można potańczyć. Przez pięć lat studiów marzył mi się taki lokal, w którym można nie tylko wypić piwo, ale także zobaczyć, jak rodzą się talenty.
Studia skończyłam w październiku, ale czuję, że dopiero teraz się tego doczekam. Czego? Klubu studenckiego z prawdziwego zdarzenia. W którym dla studentów zagrają studenci i gdzie kultura młodych naprawdę będzie mogła się rozwijać.
Pokładam wielkie nadzieje w klubie studenckim Bratniak, który w minionym tygodniu po latach przerwy znów otworzono w domu studenckim Babilon przy ul. Dożynkowej. Ale także w planach poznańskich uczelni, m.in. Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i Uniwersytetu Przyrodniczego, które w swoich programach inwestycyjnych uwzględniły budowę Centrów Kultury Studenckiej. Przyrodnicy zresztą mają już niemal ukończoną dokumentację projektową takiego centrum, które ma stanąć przy ul. Piątkowskiej: z pokojami dla kół naukowych i samorządów, ale przede wszystkim z salą widowiskową na 700 osób, która ma służyć m.in. zespołowi Łany i chórowi uczelnianemu. Tam powstać miałby też kolejny klub studencki.
Po co komu takie nowe kluby daleko od centrum miasta, kiedy na Starym Rynku mamy tyle lokali? Choćby po to, by studenci, którzy chcą od studiów czegoś więcej niż zakuwania do egzaminów, nie musieli z wielkim trudem szukać sal na próby swoich zespołów. I żeby debiutanci mieli gdzie występować.
Dziś - mimo mnogości lokali - znalezienie takiego miejsca wcale nie jest takie łatwe. Początkujący muzycy nie dość, że nie mogą zazwyczaj liczyć na wpływy z biletów za swoje występy, to jeszcze słyszą, że za własny koncert muszą zapłacić. Bo przecież kosztuje wszystko: światło, akustyk, przestrzeń. Niewiele jest w Poznaniu lokali, które zaryzykują koncert amatorów, wierząc, że na ich występ przyjdzie ktoś więcej niż paru znajomych. Bo przecież każdy chce zarobić. Poznańskie kluby nie są nastawione na promocję nieznanych zespołów, a jedynie na występy tych, które zapełnią koncertowe sale.
W mieście oprócz inkubatorów przedsiębiorczości potrzebne są inkubatory sztuki, wokół których gromadzą się młode zespoły muzyczne, kabaretowe czy taneczne. Gdzieś w końcu trzeba zacząć, jeśli myśli się o występach na estradzie poważnie. Istniejące domy kultury nastawione są przede wszystkim na pracę z dziećmi i nastolatkami. Studenci takich miejsc praktycznie nie mają, a mogłyby nimi być właśnie kluby studenckie.
Kiedyś to właśnie w takich klubach swoje kariery zaczynali m.in. zespół Republika (toruński klub "Od Nowa"), Maryla Rodowicz (warszawski "Relax"), zespół Coma (krakowski "Zaścianek"), Grzegorz Turnau (krakowska "Rotunda"). W poznańskich klubach studenckich (takich jak "Piekłoraj", "Nurt", "Odnowa", "Cicibór") występowała m.in. Urszula Sipińska, Zdzisława Sośnicka czy Hanna Banaszak.
Że to wszystko było dawno temu? Owszem. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by do tej tradycji powrócić. Dlatego bardzo cieszę się, że poznańskie uczelnie znów chcą ułatwić swoim studentom nie tylko zdobywanie wiedzy, ale i rozwijanie pasji. Nawet jeśli efektem nie będą miliony sprzedanych płyt i puszczane w radiu przeboje. Bo chodzi o coś innego - by utalentowani studenci nie stracili swojej szansy. I by wszyscy - i ci występujący i ci, którzy przyjdą ich oklaskiwać, zachowali kilka miłych wspomnień ze studiów.
I jeszcze coś - może kilku osobom więcej studenci będą się kojarzyć z czymś innym niż tylko picie piwa.