Znajdź kurs, studia, szkolenie

Marcin Meller: Ostro imprezowałem przez całe studia

Rozmawiał Paweł Rusak
01.08.2011 , aktualizacja: 17.11.2009 14:47
A A A Drukuj
Na studiach handlował nielegalnymi książkami i był cztery razy aresztowany przez milicję. Jego głównym zajęciem było imprezowanie, ale nie chciałby znów mieć 20 lat. Kto? Marcin Meller.

Fot. Bartosz Bobkowski / AG

Jest pan osobą, której zazdrości większość męskiej populacji naszego kraju. Jak pan się z tym czuje?

Domyślam się, że można mi zazdrościć pracy. Fajnie jest mieć kontakt z pięknymi kobietami, a jeśli na dodatek są one jeszcze inteligentne, wówczas jest wspaniale. Aczkolwiek, mówiąc szczerze, zupełnie nie myślę o aspekcie męsko-damskim w mojej pracy. Jestem w "Playboyu" już szósty rok i na co dzień zajmuję się jaśniejszą stroną życia. Pokazujemy piękne kobiety, mamy fajnych rozmówców i ciekawe tematy. Ja się bawię w pracy.

Zakładał Pan na studiach, że tak właśnie będzie?

Na studiach myślałem o wszystkim, tylko nie o tym, co będę robił po opuszczeniu uczelni. To była końcówka komuny, w związku z czym nie wiem, czy którykolwiek z moich znajomych o tym myślał. Studia dla mnie to była zabawa, nielegalna działalność i nauka. W takiej właśnie kolejności. Pod hasłem "zabawa" rozumiem wszystko: balangowanie, stosunki damsko-męskie, wyjazdy wakacyjne, różne młodzieńcze głupoty. Nie będę ukrywał, że moja działalność w NZS-ie również była nierozerwalnie związana z zabawą. W końcu na balangach się piło i jednocześnie knuło, jak zwalczyć system. Pamiętam, jak mnie kiedyś milicja zapuszkowała na 48 godzin, a ja - prosto z aresztu, nawet nie będąc przelotem w domu - wjechałem na jakąś imprezę, z której wyszedłem po dwóch dniach.

To ładny maraton. Aresztowanie przez milicję było związane z działalnością wywrotową?

Owszem. Zresztą byłem aresztowany kilkakrotnie. Raz złapano mnie w Warszawie z nielegalnymi plakatami w ręku. Z kolei we Wrocławiu na happeningu Pomarańczowej Alternatywy zwinęli mnie zapisanie kretyńskiego hasła na budce telefonicznej. Później jeszcze dwa razy wzięto mnie prewencyjnie do aresztu przed jakąś demonstracją. Te wizyty na "dołku" nauczyły mnie, żeby nie nocować w domu przed demonstracją. Był to również świetny pretekst do nocowania u znajomych i imprezowania.

A więc łączył pan przyjemne z pożytecznym. To była specyfika tamtych czasów - takie korzystanie z życia z dreszczykiem emocji?

Chyba tak. Szczególnie że nie sądziłem, iż komunizm szybko upadnie. Pamiętam, jak jeszcze latem1989 roku, tuż po wyborach, w zasadzie nikt nie wierzył w możliwość demokracji. Wszyscy myśleli, że znowu komuna weźmie nas za ryja i wprowadzi stan wojenny. Tak naprawdę uwierzyłem w zmianę pod koniec sierpnia '89. Wówczas byłem w Paryżu. Nad ranem wracałem z jakiejś imprezy i zobaczyłem pierwszą stronę jakiejś gazety z hasłem "Tadeusz Mazowiecki pierwszym niekomunistycznym premierem środkowej Europy".

Odczuwał pan satysfakcję, że pana działalność w NZS-ie przyniosła pożądany efekt?

Trudno powiedzieć. Moje zaangażowanie w podziemną działalność - zresztą jak większości moich znajomych - było "kwestią smaku" czynioną w imię zasad. Wszyscy wiedzieliśmy, że komuna jest zła i należy z tym walczyć. Myśmy się czuli wręcz jak spadkobiercy powstańców warszawskich albo listopadowych. Wszyscy oni zbierali łomot i zakładaliśmy, że z nami będzie tak samo. W trakcie studiów podejrzewaliśmy, że w przyszłości załapiemy jakąś pracę w szkole albo będziemy pracownikami naukowymi. I wciąż będziemy knuć i spiskować. Na szczęście się to wszystko zawaliło.

Coś się wtedy wżyciu studenta Marcina Mellera zmieniło?

W pewnym momencie zabrakło mi celu w życiu. Miałem dość specyficzne studia. W roku akademickim 1988/1989 studiowałem sobie jak gdyby nigdy nic. Kiedy komunę szlag trafił, w zasadzie nie wiedziałem, co dalej robić. Na szczęście udało mi się przedłużyć ten czas rozmyślania o rok. Mój ojciec dostał propozycję pracy na uczelni w USA i doszedłem do wniosku, że to świetny patent na podszkolenie języka, poznanie świata i zastanowienie się nad przyszłością. To był rok 1991/1992. Kiedy wróciłem do kraju, rozglądałem się za jakąś pracą wakacyjną. Dowiedziałem się, że mogę przekładać gazety w archiwum "Polityki". I tak poszedłem na miesiąc na wakacje do pracy. I przepracowałem tam 12 lat jako dziennikarz.

Jak to się ma do kierunku studiów?

Nijak. W moim życiu właściwie nic nie odbyło się z mojej inicjatywy. Nie planowałem sobie kariery. Kiedy byłem małolatem, fascynowała mnie oceanografia i chciałem iść na takie studia. Dlatego poszedłem do liceum, do klasy matematyczno-fizycznej. Ale po pół roku doszedłem do wniosku, że wprawdzie jestem dobry z matematyki, ale tylko dobry. W podstawówce byłem jednym z najlepszych uczniów w całej szkole, a tu stałem się przeciętny. Stwierdziłem więc, że jeśli mam być słabym naukowcem, to wolę się skupić na tym, co mnie naprawdę pasjonuje i w czym jestem dobry. Postawiłem na język polski i historię, po czym przeniosłem się do klasy humanistycznej.

I ostatecznie trafił pan na historię. Chciał pan iść w ślady rodziców?

Bynajmniej. Historia na Uniwersytecie Warszawskim miała opinię najbardziej opozycyjnego wydziału na całym uniwersytecie. I to właśnie zdecydowało, że ją studiowałem. Szedłem po to, żeby spiskować, knuć itd. I się nie zawiodłem.

Przyznaje pan, że studia nie były najważniejsze, ale udawało się panu zdawać egzaminy?

To prawda, acz z nimi bywało różnie. Już na pierwszym roku uwaliłem najważniejszy egzamin z historii starożytnej. W zasadzie można było nie zdać wszystkich innych przedmiotów i potem mieć powtórki. A z historii starożytnej - nie. Ten egzamin oblałem koncertowo. Historia starożytna to nie przedmiot, który da się zaliczyć tzw. metodą balonową, czyli napompować się wiedzą na trzy dni przed egzaminem. W tym przypadku trzeba potężnie przysiąść do książek. Co prawda idąc na egzamin, liczyłem na cud, ale oczywiście go nie było. W związku z tym latem1988 roku siedziałem na działce u rodziców, kląłem w żywy kamień i kułem do poprawki. To był koszmar. Na szczęście ostatecznie egzamin zdałem. A później bardziej przykładałem się do nauki. Chociaż nie z pasji, tylko raczej po to, żeby nie wyrzucono mnie ze studiów.

Oferty edukacyjne

Podziel się

Na co student wydaje najwięcej pieniędzy?

Ksero i książki
Mieszkanie
Imprezy i alkohol
Jedzenie
Ubrania