Znajdź kurs, studia, szkolenie

Jarek Kuźniar: Budzikom śmierć

Rozmawiał Paweł Rusak
01.08.2011 , aktualizacja: 17.12.2010 15:40
A A A Drukuj
Chciał zostać kierowcą tira, ale dzisiaj przeklina się za tamten pomysł. Był kiepski z matematyki, dlatego został dziennikarzem. W wieku 16 lat miał pierwszą audycję radiową, choć miał głos jak eunuch i strasznie świszczał. Potem dykcję poprawił, ale i tak przez wiele lat cierpiał przez brak możliwości wygadania się publicznie. Teraz nie boi się na antenie stroić sobie żarty z innych prezenterów. I chociaż ma już pokaźne grono fanów, nie czuje się celebrytą. Kto? Jarosław Kuźniar.


Masz jakąś tajną metodę, dzięki której jesteś w stanie wstawać do pracy o... 3.30 rano?

Nie. Mam tylko nastawione dwa budziki. Inaczej mógłbym zaspać. Czasami zdarza mi się, że przez 40 minut odwlekam moment wstania. I koniec końców zostaje mi kwadrans na zebranie się do kupy.

Nie zmienia to faktu, że niewiele osób wstaje tak wcześnie. Jak funkcjonujesz w pracy? Ja byłbym chodzącym zombie.

Często przed zaśnięciem planuję sobie wiele rzeczy, które chcę zrobić rano. A potem i tak wszystko robię na wariata.

Jaś Fasola golił się, mył zęby, a nawet przebierał się w samochodzie. Mam nadzieję, że Ty tak jeszcze nie robisz?

Nie. Przed wyjściem muszę umyć łepetynę i wykonać kilka innych zabiegów. Wszystko jest na ostatnią chwilę i to jest pobudzające. Generalnie im krócej śpię, tym szybciej muszę się nakręcić. Gdybym był rozespany, pewnie w programie byłoby nudno. A ja nienawidzę, jeśli wszystko jest dokładnie zaplanowane i ustalone co do sekundy. Wtedy się nie klei i nie mam świeżych pomysłów. Jeśli jestem w szale twórczym, to dobre pomysły się pojawiają.

Może dlatego właśnie oglądając Cię w telewizji, ma się wrażenie, że jesteś...naćpany?

Nie. Chodzi mi o to, że jestem chyba pierwszym dziennikarzem, który uprawia w Polsce tzw. infotainment, czyli przekazywanie informacji w luźny i rozrywkowy sposób.

To wynika z charakteru porannej telewizji. Chodzi o to, aby przedstawiać rzeczy tak, żeby ludzie nie zasypiali przed odbiornikami i jeszcze chcieli mnie oglądać. Przecież mam pięć godzin programu do poprowadzenia, pracuję w telewizji informacyjnej, a na dodatek jeszcze są inne programy poranne w konkurencyjnych stacjach. Tam ludzie rozmawiają o dupie Maryny, więc jakoś muszę się wyróżniać.

Ty masz tę zaletę, że na wizji jesteś szczery i naturalny. Wydaje mi się, że w naszym kraju brakowało takiego programu. Były inne, w których ludzie sztywno siedzą i gadają na poważnie.

Wiesz co, piszą do nas widzowie, którzy cieszą się, że nie tylko przekazujemy informacje, ale też wywołujemy u nich uśmiech na twarzy. Trzeba pamiętać, że pracujemy w stacji newsowej, gdzie co kwadrans jest serwis informacyjny. Jeśli pomiędzy nimi też byłaby taka powaga, to widz miałby wrażenie nudy. Zresztą w USA takie dziennikarstwo jest powszechne. Ale zauważ, że tamtejsi dziennikarze nie mają - tak jak ja - 32 lat, tylko są dojrzałymi prezenterami z pięćdziesiątką na karku. A mimo to potrafią podchodzić do wszystkiego na luzie, pozwalają sobie na autorskie komentarze...

...albo tarzają się po podłodze ze śmiechu na wizji.

Dokładnie. To jest fajne i naturalne. Staram się to robić podobnie. Jeśli ja lub prezenterka się pomylimy, to nie ukrywam tego przed widzem. Ostatnio mówiłem coś o odkryciach naukowców. Przed programem przeczytałem o tym w którejś gazecie. Kiedy jednak chciałem zacytować cały artykuł, nie mogłem go znaleźć. I tak przez kilka minut wertowałem prasę, opowiadałem o tym i ostatecznie tekstu nie znalazłem. Ale o to chodzi - żeby widzowie mieli wrażenie naturalności. Nie ma sensu nic ukrywać. Nawet operatorów, biegających i mówiących głośno reporterów.

Takie telewizyjne reality show, w którym idziesz na żywioł.

Nie korzystam nigdy z promptera. Czasami dostaję tylko informację, że będzie materiał na przykład o pijanym kierowcy, który przejechał na pasach matkę z dwójką dzieci. I muszę wymyślić sobie na szybko jakieś zagajenie do materiału. Ale taki jest urok pracy na żywo. Przekonaliśmy się o tym w najbardziej ekstremalny sposób 10 kwietnia, kiedy wydarzyła się katastrofa pod Smoleńskiem.

Wtedy już nie robiłeś żartów.

To byłoby nie do pomyślenia. Tego dnia przychodziliśmy do pracy z nastawieniem, że nie zwojujemy rekordowego wyniku oglądalności. Program miał być krótszy, ponieważ planowano transmisję mszy w Katyniu. I wtedy pojawiła się informacja o katastrofie. Połączyliśmy się z naszym korespondentem, który opowiadał o szczegółach tragedii. Mieliśmy też zaproszonych gości i musieliśmy szybko zmienić cały układ programu. Kiedy potwierdzały się tragiczne doniesienia, nie mogłem uwierzyć w całą sytuację. To było coś odrealnionego mentalnie i nieprzećwiczonego warsztatowo. Ale staraliśmy się prowadzić to, co zaczęliśmy i nie zrobić niczego niestosownego.

Wiesz, kiedy zbliżasz się do granicy żartu, której nie możesz przekroczyć?

Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że tak. Na razie nie zdarzyło się, żeby szef mnie zrugał za nieodpowiednie zachowanie. Chociaż ostatnio miałem sytuację, w której było lekkie napięcie. Gdy wróciłem z urlopu z Maroka, Beata Tadla zapytała mnie na wizji, jak było. Odpowiedziałem, że fajnie, ale nie rozumiem, dlaczego przyciągam ludzi, którzy podchodzą do mnie i mówią: "Good hash for a good price".

Oferty edukacyjne

Podziel się

Na co student wydaje najwięcej pieniędzy?

Ksero i książki
Mieszkanie
Imprezy i alkohol
Jedzenie
Ubrania