Znajdź kurs, studia, szkolenie

Rzeczpospolita Chińska

Adrian Bąk
01.08.2011 , aktualizacja: 08.02.2011 10:45
A A A Drukuj
Porzucili wielkie chińskie metropolie i zdecydowali się na edukację w Polsce. Największa grupa przyleciała z wysuniętego daleko na północny wschód Chin miasta Harbin i będzie studiować filologię polską. - Nie kręci nas Szanghaj czy Pekin, Polska jest cool! - mówią studenci z Chin, którzy od września uczą się nad Bałtykiem. Dlaczego akurat Polska?
Lu, Jin-hua i Xiu-ying, czyli Kasia, Nicole i Ania
Fot. Adrian Bąk
Lu, Jin-hua i Xiu-ying, czyli Kasia, Nicole i Ania
Feralne gaokao

Bohaterowie tego tekstu mieszkają w domu studenckim numer 4, w gdańskiej dzielnicy Przymorze. Akademik wybrali przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to tańsza opcja niż szukanie prywatnych kwater. Po drugie - rodzice nalegali na akademik, bo w akademiku bezpieczniej i jest kontrola.

Najpierw będzie o Nicole. Nicole przyleciała do Polski z chińskiego miasta Yinchuan należącego do autonomicznej prowincji Ningxia. Yinchuan leży 900 kilometrów na wschód od Pekinu, 350 kilometrów na południe od Mongolii i pustyni Gobi. Prowincja Ningxia ma około 1, 6 miliona mieszkańców, czyli mniej więcej tyle ile cała Warszawa, ale jest od Warszawy jakieś 8 razy większa. W Yinchuan mieszka około pół miliona osób.

Nicole mieszka w dwuosobowym pokoju z Polką studiującą psychologię. - Dobrze się dogadujemy, choć mój angielski nie jest tak dobry, jak mojej współlokatorki. Ale dajemy radę. Jak nie możemy dojść do porozumienia, zawsze zostaje internet i szybki tłumacz. Nicole to tak naprawdę Jin-hua. Imię Nicole wybrała w Polsce, dla lepszej komunikacji, bo Polacy nie umieją wymawiać i nie zapamiętują imion chińskich. Jej znajomi też posługują się nowymi imionami, większość polskimi. Jest Ania, jest Zosia, jest Basia, jest Adam i tak dalej. Najczęściej imiona biorą od osób dzielących z nimi pokój. Tak jak Nicole, która zaczerpnęła imię od imienia swojej współlokatorki Oli.

Dlaczego Nicole wybrała właśnie Polskę? - Na początku powiem, że musiałam wyjechać studiować za granicę. Niezbyt dobrze zaliczyłam gaokao*. A u nas jest tak, że jak źle zaliczysz gaokao, to zostaje ci iść na gorszą uczelnię, gdzie więcej się płaci za naukę. Nie chciałam obciążać rodziców moją edukacją, nie pochodzę z bogatej rodziny. Mama jest instruktorką na basenie, tata zwykłym urzędnikiem.

Wcześniej oczywiście czytałam o waszym kraju. Między innymi z tego folderu (Nicole śmieje się i pokazuje kieszonkowy atlas geograficzny z krótkimi charakterystykami państw świata). Z Polaków znałam tylko Chopina i Marię Skłodowską-Curie. Uniwersytet w Gdańsku jest bardzo otwarty na studentów z Chin. Mam znajomych z Harbinu, a w Harbinie jest uczelnia, która współpracuje z gdańską. Poza tym nauczyciele są tu bardziej otwarci niż w Chinach. Śmieją się, rozmawiają, fajnie jest. Inaczej niż u nas.

Nicole wyjaśnia ,co zaważyło na tym, że źle zdała egzamin gaokao: - Zwykle w szkole średniej dzielą klasy na lepsze, gorsze i najgorsze. Miałam małe szanse dobrze zaliczyć egzamin, bo trafiłam do tej gorszej klasy w liceum, gdzie poziom był zdecydowanie niższy niż w klasach lepszych i najlepszych. A gdy 60 osób uczy się gorzej (bo tyle miałam w klasie), to trudno o dobry rezultat z gaokao. Zwykle tylko jedna, dwie osoby z tych gorszych klas idą na dobre studia. Dlaczego w gorszej klasie wylądowałam w liceum? Trzeba było zdać egzamin do liceum - u nas to się nazywa szkoła średnia drugiego stopnia. Nie trafiłam z pytaniami, to jest loteria. Właściwie to napisz, że dlatego teraz jestem w Polsce. Tak. Przez ten egzamin w wieku piętnastu lat, który często decyduje o być albo nie być, później, w wielkim świecie.

W Polsce jest taniej

Nicole pyta, czy chcę herbatę. Sama dodaje, że herbaty nie pije, odkąd przyleciała do Polski, bo za bardzo przypomina jej dom rodzinny w Yinchuan. - U nas herbata była na porządku dziennym. Rano, później, wieczorem. Mama, tata, ja, przy herbacie. Może to śmieszne, ale naprawdę unikam herbaty. - A rodzice się odzywają? - pytam. - Tak, często z nimi rozmawiam. No dobra, trzy razy w tygodniu. Ale mi to wystarczy. Pytają, jak nauka, jak jedzenie, jak pogoda. Standard. Tata mi teraz obiecał, że jak pierwszy rok zaliczę, to kupi mi samochód!

Wolny czas Nicole najczęściej spędza w swoim pokoju, w akademiku. Jak zaznacza: to normalne, przynajmniej w Chinach, że ludzie po pracy czy szkole spędzają czas w domu. - Przede wszystkim nie mają czasu, by jeszcze wieczorem gdzieś wyjść. Jakiś pub czy dyskoteka to naprawdę rzadkość - dodaje Nicole. Przyznaje także, że ma teraz o wiele więcej czasu wolnego niż miała go, ucząc się w Chinach. Przez pierwszy rok studiów będzie uczęszczać tylko na zajęcia językowe: z polskiego i z angielskiego.

Jak więc Nicole spędza resztą czasu? Głównie przed komputerem z włączoną muzyką. Przegląda internet, rozmawia ze znajomymi przez sieć, ogląda filmy. Odwiedza też znajomych, którzy są rozproszeni po innych pokojach lub mieszkają w innych akademikach (oprócz akademika nr 4 w kampusie na Przymorzu znajdują się jeszcze trzy następne, w których też mieszkają studenci z Chin). Podobnie jak większość jej znajomych, którzy przylecieli do Polski, również ona uwielbia wizyty w supermarkecie. - Kusi to, że w Polsce jest taniej. Największą różnicę widać na sprzęcie elektronicznym. No i jedzeniu. Szczególnie czekoladzie - śmieje się Nicole. I dodaje, że też dlatego zdecydowała się na Polskę, bo słyszała, że jest taniej. Spokojniej i taniej.

Nicole zamierza studiować w Polsce międzynarodowe stosunki gospodarcze. Na razie jednak musi podszkolić język polski. No i angielski, bo choć uczy się go już od sześciu lat, nie czuje się w nim pewnie. Pokazuje podręcznik do nauki polskiego. Jak widać, ma duże problemy z gramatyką i wymową. Ale jest pewna, że szybko da sobie radę.

Polski chińską niszą

Jej koleżanka Xiu-ying, która mieszka piętro niżej z Polką studiującą pedagogikę, przybrała imię Ania. Znalazła się w grupie piętnastu osób, które zaczęły naukę na filologii polskiej na Uniwersytecie w Harbinie. Na pierwszym roku studiów uczyli się języka polskiego, teraz przez dwa lata będą studiować nad Bałtykiem, a na czwarty rok studiów wrócą do ojczyzny, żeby napisać licencjat. Z Anią staram się rozmawiać po polsku, bo Ania nie zna angielskiego. W szkole średniej uczyła się rosyjskiego. Ania rozumie polskie pytania, ale ma trudności w udzielaniu odpowiedzi po polsku. W końcu prosi Nicole o tłumaczenie na angielski.

- Mam kłopoty z wymową, choć dużo już rozumiem po polsku. No i oczywiście z gramatyką. Ale to trudny język, tak jak rosyjski. Wybrałam filologię polską, bo to bardzo niszowy kierunek w Chinach. A przez to będę się wyróżniać na rynku pracy. U nas z pracą jest krucho - tłumaczy Ania. Ania również podkreśla, że podoba jej się nauka w Polsce. - Zdecydowanie więcej rozmawiamy po polsku niż podczas nauki polskiego w Chinach. I choć jest ciężko, atmosfera jest luźniejsza - twierdzi Ania.

Ania opowiada, jak wyobrażała sobie Polskę przed przylotem. - Moje wyobrażenie bierze się głównie z tego, co przeczytałam i co wiedziałam wcześniej o waszym kraju. Niewielki kraj gdzieś na wschodzie Europy, niedaleko Rosji, z otwartymi, uprzejmymi ludźmi, gdzie jest cieplej niż na północy Chin, dużo drzew i muzyka Chopina - mniej więcej tak to wyglądało. - Oprócz Chopina znam jeszcze Marie Skłodowską-Curie. I Kasię Cerekwicką, u nas jest dość popularna - mówi Ania.

Pasją Ani są podróże. Dlatego chętnie chodzi także na zajęcia z geografii i historii sztuki. Mimo że w Polsce jest dopiero trzy miesiące, już myśli o wycieczce na południe. - Chcę zwiedzić Czechy, może jeszcze w tym roku. Planowałyśmy z koleżanką na Sylwestra jechać do Pragi. Słyszałyśmy, że Praga jest piękna. Oprócz tego chciałybyśmy zwiedzić Niemcy, Francję, no i kraje po sąsiedzku, na przykład Słowację. Ale wiadomo, potrzeba na to pieniędzy, zobaczymy, jak to wyjdzie.

Ania, podobnie jak Nicole, nie pochodzi z zamożnej rodziny. Jej rodzice obecnie nie pracują, są na emeryturze. Płacą za studia i dają Ani kieszonkowe. Ania dostaje około tysiąca złotych miesięcznie na życie, z czego musi jeszcze zapłacić za pokój w akademiku. - To niezbyt dużo, w porównaniu do kolegów czy koleżanek z Chin. Niektórzy to dostają od rodziców kilka razy więcej niż ja, jak pójdą do restauracji, do jednorazowo wydają trzysta-czterysta złotych - mówi Ania.

Czego brakuje Ani w Polsce? - Rodziny, to oczywiste. Tęsknię szczególnie za mamą, która teraz choruje. Brakuje mi też jedzenia. Nie potrafię gotować, mama zawsze gotowała. Lubię raki, szczególnie zupę z raków, czy raki w śmietanie, ale u was nie można ich nigdzie dostać! O, i jeszcze szerszych chodników. Tak, w Polsce są zdecydowanie za wąskie. Chociaż na pewno jest bardziej czysto na chodnikach i ulicach niż u mnie w Harbinie. I telewizora mi brakuje, bo tutaj nie mam - wymienia Ania. Dodaje, że przekonała się już do pszennego chleba, że lubi ziemniaki i polskie cukierki.

Ania z rodziną spotka się dopiero, gdy skończy pierwszy rok studiów, w najbliższe wakacje. Na razie wszystkie weekendy musi spędzać w akademiku. - Czasem jest smutno, jak ludzie wyjeżdżają do rodzin już w czwartek czy piątek, kupują bilety, dzwonią, że za kilka godzin będą. Wtedy myślę o tych siedmiu tysiącach kilometrów i sprawdzam w internecie, czy już może jakiegoś teleportu nie wynaleźli - uśmiecha się Ania. Niedawno Ani się poszczęściło, bo jej współlokatorka zaprosiła ją na długi świąteczny weekend do własnego domu, kilkanaście kilometrów od Gdańska. - Byłam zachwycona, jak ciepło przyjęli mnie jej rodzice. Śmieszne było to, że cały czas podsuwali mi polskie jedzenie, jakieś mięsa i mówili, że koniecznie muszę tego spróbować - mówi Ania. - Największe wrażenie zrobiło jednak na mnie to, jaką czułością się obdarzali nawzajem. Jacy byli do siebie otwarci. Moi rodzice żyją własnym życiem, rzadko kiedy razem spędzają ze sobą czas, choć wiem, że bardzo się kochają - dodaje.

Oferty edukacyjne

Podziel się

Na co student wydaje najwięcej pieniędzy?

Ksero i książki
Mieszkanie
Imprezy i alkohol
Jedzenie
Ubrania